Kronika ptaka nakręcacza – Haruki Murakami

Tagi

,

kronika-ptaka-nakrecacza-p-iext22064490Z pobliskiego zagajnika dobiegał głos ptaka, monotonny i przenikliwy, jak zgrzyt śruby służącej do nakręcania czegoś. Nazywaliśmy go ptakiem nakręcaczem. Kumiko tak go nazwała. Nie wiedzieliśmy, jak się naprawdę nazywał. Nie wiedzieliśmy  też, jak wygląda, choć przylatywał co dzień to tego zagajnika i nakręcał sprężynę naszego spokojnego świata.

Oj panie Murakami, co ja mam z panem począć? Parę razy skubałem książki Murakamiego, ale każda mnie odrzucała i to dosyć szybko. Do końca przeczytałem tylko „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”, a to i tak tylko dlatego, że była bardzo krótka. Tego na pewno nie można powiedzieć o „Kronice ptaka nakręcacza”, którą przeczytałem od deski do deski, chociaż sam nie wiem jak mi się to udało.

Głównym bohaterem jest Toru Okada, niedoszły prawnik, utrzymywany przez żonę. Na pierwszy rzut oka bardzo nijaka i nieciekawa postać. Na drugi i trzeci rzut również. Powieść rozkręca się bardzo powoli. Pierwszą misją Toru jest odnalezienie kota, który sobie gdzieś poszedł. Drugą, odnalezienie Kumiko, jego żony, która mu przyprawiła rogi i odeszła gdzieś jeszcze dalej. Brzmi nieciekawie, ale na szczęście tak nie jest. Po pierwsze, wszystkie zdarzenia są tylko pretekstem do zadania wielu ważnych pytań, mniej więcej w taki subtelny sposób:

Czy w ogóle możliwe, by jeden człowiek całkowicie zrozumiał drugiego? Załóżmy, że poświęcamy dużo czasu na poznanie kogoś, bardzo się staramy, ale czy w rezultacie udaje nam się zbliżyć do prawdziwej istoty tej osoby? W jakim stopniu? Czy naprawdę wiemy coś ważnego o tych, których, jak nam się wydaje, dobrze znamy?

Po drugie, Toru na swej drodze spotyka wiele postaci, które nie wiadomo dlaczego, w większości przypadków nie mogą powstrzymać się od opowiedzenia mu całego swojego życia. Zdecydowanie są to historie warte opowiedzenia, miałem wrażenie jakbym w pewnym sensie czytał zbiór opowiadań, zespolonych ze sobą bohaterami i symboliką.

Po trzecie i najważniejsze już od samego początku człowiek czuje, że coś tu jest nie tak. Tzn. co to za książka w której bohater szuka kota… Spotyka nastolatkę, która przy pierwszym poznaniu pyta się go czy boi się śmierci? A to jedno z prostszych pytań jakie dostaje od tej przemiłej istoty.

Gdyby ludzie nie umierali, tylko żyli wiecznie, gdyby nie znikali, nie starzeli się i zawsze byli zdrowi, czy myśli pan, że nawet wtedy zastanawialiby się tak głęboko jak my nad różnymi rzeczami? Bo my się przecież zastanawiamy, prawda? Nad filozofią, psychologią, logiką albo religią czy literaturą. Czy gdyby nie istniała śmierć, rozmaite takie kłopotliwe myśli i idee w ogóle by się na ziemi nie zrodziły?

Rysy w rzeczywistości przechodzą w pęknięcia, gdy w poszukiwaniu kota zaczynają wspierać bohatera Malta i Kreta Kano, mające ponadnaturalne zdolności, odwiedzające Okadę również w snach… mokrych. Gdy zaczynają snuć swoje historie, przy których dzieje bohaterów Lostów są proste i spójne, ciężko się oderwać od książki. Miłośnicy realizmu magicznego poczują się na miejscu. Poziom absurdu rośnie, aż człowiek chce się gdzieś schować. Tak też robi bohater, schodzi na dno wyschniętej studni, aby trochę sobie pomyśleć. Zagłębia się tam w siebie, w swoją historię.

Styl książki jest nierówny, ale nie w negatywnym sensie, w głównej mierze otrzymujemy ciąg myśli głównego bohatera, przeplatany opowieściami napotykanych postaci. Toru jest głównie przekaźnikiem, chociaż z czasem wkracza coraz więcej do akcji.

– Dlaczego tak lubisz meduzy? – zapytałem.     – Hm, może dlatego, że są ładne – odparła. – Ale przed chwilą przyglądając im się, pomyślałam, że to, co przed sobą widzimy, to jedynie mała cząsteczka świata. Przyzwyczailiśmy się myśleć, że to właśnie jest świat, lecz naprawdę tak nie jest. Prawdziwy świat to ciemniejsze i głębsze miejsce, prawie w całości zamieszkane przez stworzenia w rodzaju meduz. My po prostu o tym zapominamy. Nie uważasz? Dwie trzecie powierzchni ziemi pokrywają oceany, a gołym okiem dostrzegamy jedynie powierzchnię morza, sam naskórek. Prawie nic nie wiemy o tym, co się znajduje pod.

W takim razie dlaczego mam kłopot z tą książką? Otóż jest dla mnie za długa. Jak ja się wymęczyłem pod koniec! Z jednej strony powoli dochodzimy do sedna, do tego gdzie jest Kumiko, dlaczego odeszła, jaką mroczną tajemnicę kryje jej brat. Niestety jest to odkrywane bardzo wolno, jakby ktoś zrywał ze mnie płaty skóry po kawałeczku, wszystko przetykane jest historiami kolejnych bohaterów, na których przez główny wątek ciężko się skupić. Po przeczytaniu czułem się uwolniony, mogłem odetchnąć z ulgą, że mam już to za sobą. Końcówka tak mnie wykończyła, że aż ciężko polecić mi „Kroniki…” komukolwiek, mimo że jest to okazja obcowania z czymś nowym, tajemniczym, ciekawym, przesyconym wątkami i symboliką. Można  powiedzieć, że każdy znajdzie coś dla siebie, ale jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego.

Źródło: „Kroniki ptaka nakręcacza” Haruki Murakami, MUZA S.A 2011

Subiektywnie: 4.5/6

Za: niespotykany klimat, mnóstwo historii, opary absurdu, niezapomniani bohaterowie, bogata symbolika

Przeciw: za długa, pod koniec czyta się z obowiązku

Reklamy

Styl – Charles Bukowski

Tagi

,

Styl to odpowiedź na wszystko.
Świeży sposób na podejście do głupiego czy niebezpiecznego dnia.
Zrobić jakąś głupią rzecz ze stylem jest lepiej niż zrobić coś niebezpiecznego bez stylu.
Zrobić jakąś niebezpieczną rzecz ze stylem, to nazywam sztuką.
Walki byków mogą być sztuką.
Boksowanie może być sztuką.
Kochanie może być sztuką.
Otwieranie puszki sardynek może być sztuką.
Niewielu ma styl.
Niewielu potrafi utrzymać styl.
Widziałem psy które miały więcej stylu niż ludzie.
Chociaż niewiele psów ma styl.
Koty je mają i to w dużych ilościach.

Kiedy Hemingway powalił swój mózg na ścianę z shotguna, to było stylowe.
A czasem i ludzie pokazują ci styl.
Joanna D’arc miała styl.
Jan Chrzciciel.
Jezus.
Sokrates.
Cezar.
Garcia Lorca.
W więzieniu poznałem ludzi z stylem.
Poznałem więcej ludzi z stylem w więzieniu niż na wolności.
Styl to różnica, sposób tworzenia, sposób kończenia.
Sześć czapli stojących cicho nad stawem, albo ty, wychodząca
z łazienki, nie widząca mnie.

Podkradzione z mojego ulubionego blogu „W zaciszu biblioteki”
http://w-zaciszu-biblioteki.blogspot.com/2013/06/styl-charles-bukowski.html

Całujcie mnie wszyscy w dupę – Julian Tuwim

Tagi

Apsztyfikanci grubej Berty
I katowickie węglokopy,
I borysławskie naftowierty,
I lodzermensche, bycze chłopy,
Warszawskie bubki, żygolaki
Z szajką wytwornych pind na kupę,
Rębajły, franty, zabijaki,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Izraeliccy doktorkowie,
Widnia, żydowskiej Mekki, flance,
Co w Bochni, Stryju i Krakowie
Szerzycie kulturalną francę!
Którzy chlipiecie z Naje Fraje
Swą intelektualną zupę,
Mądrale, oczytane faje,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item aryjskie rzeczoznawce,
Wypierdy germańskiego ducha
(Gdy swoją krew i waszą sprawdzę,
Wierzcie mi, jedna będzie jucha),
Karne pętaki i szturmowcy,
Zuchy z Makabi czy z Owupe,
I rekordziści i sportowcy,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Socjały nudne i ponure,
Pedeki, neokatoliki,
Podskakiwacze pod kulturę,
Czciciele radia i fizyki,
Uczone małpy, ścisłowiedy,
Co oglądacie świat przez lupę
I wszystko wiecie: co, jak, kiedy,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item ów belfer szkoły żeńskiej,
Co dużo chciałby, a nie może,
Item profesor Cy… wileński
(Pan wie już za co, profesorze!)
I ty za młodu niedorżnięta
Megiero, co masz taki tupet,
Że szczujesz na mnie swe szczenięta,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item Syjontki palestyńskie,
Haluce, co lejecie tkliwie
Starozakonne łzy kretyńskie,
Że szumią jodły w Tel-Avivie,
I wszechsłowiańscy marzyciele
Zebrani w malowniczą trupę,
Z byle mistycznym kpem na czele,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

I ty fortunny skurwysynu,
Gówniarzu uperfumowany,
Co splendor oraz spleen Londynu
Nosisz na gębie zakazanej,
I ty, co mieszkasz dziś w pałacu,
A srać chodziłeś pod chałupę,
Ty, wypasiony na Ikacu,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item ględziarze i bajdury,
Ciągnący z nieba grubą rentę,
O, łapiduchy z Jasnej Góry,
Z Góry Kalwarii parchy święte,
I ty, księżuniu, co kutasa
Zawiązanego masz na supeł,
Żeby ci czasem nie pohasał,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

I wy, o których zapomniałem,
Lub pominąłem was przez litość,
Albo dlatego, że się bałem,
Albo, że taka was obfitość,
I ty, cenzorze, co za wiersz ten
Zapewne skarzesz mnie na ciupę,
Iżem się stał świntuchów hersztem,
Całujcie mnie wszyscy w dupę!…

Ci co mnie znają wiedzą, że mam czasem takie dni, w których ten wiersz najlepiej oddaje moje nastawienie do społeczeństwa 🙂 W pozostałe dni jestem bardzo sympatyczny. Polecam wykonanie wiersza z teatru Roma, chociaż jak na ironię nie uniknął cenzury.

Źródło: http://poema.pl/publikacja/85549-calujta-mnie-w-dupe

Banita – Edward Stachura

Tagi

,

Oto wypędzam szatana.
Oto wypędzam anioła.
Wypędzam z serca obu ich,
Ich obu, co często są jednym.
Niech przyjdzie mi samemu żyć
O skrzydłach własnych i rdzewnych.
Niech przyjdzie mi samemu żyć
O skrzydłach własnych i rdzewnych.

I wypędziłem szatana.
I wypędziłem anioła.
A w serce moje wstąpił wiatr
I tam on zamieszkał i szumi.
A domem moim stał się las,
Nad lasem biją pioruny.
A domem moim stał się las,
Nad lasem biją pioruny.

Ciężko jest żyć bez szatana.
Ciężko jest żyć bez anioła.
Banita boski to mój los,
Lecz nie ja go sobie wybrałem;
To ona mi wybrała go:
Dziewczyna, którą ubóstwiałem.
To ona mi wybrała go:

Dziewczyna, którą ubóstwiałem.

 

Źródło: http://poema.pl/publikacja/48404-banita

Droga miłującego pokój wojownika – Dan Millman

Tagi

, , , ,

droga-milujacego-pokoj-wojownika-b-iext22347431Będąc małym brzdącem uwielbiałem filmy, w których młody wojownik spotyka mistrza, zazwyczaj o skośnych oczach, który pokazuje mu drogę do doskonałości. Najbardziej w pamięci wyrżnął mi się Kickboxer, który mimo swej kiczowatości, jak na dzisiejsze czasy, nadal wzbudza we mnie emocje. Archetyp mistrza jest silnie zakorzeniony w kulturze wschodniej, natomiast niestety u nas wszystkie autorytety padają. W dobie indywidualizmu każdy musi sam dla siebie być mistrzem. Wydaje mi się, że jednak wielu chciałoby spotkać na swej drodze nauczyciela, któremu mogłoby zaufać. Kogoś takiego poznał Dan, główny bohater „Drogi miłującego pokój wojownika”.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Dan już jest wojownikiem. Jest młody, odnosi sukcesy w gimnastyce na arenie światowej, ma wielu znajomych, nie ma problemu z kobietami. Jest w stanie osiągnąć wszystko czego pragnie. Z tego idyllicznego snu budzi go starszy pracownik nocnej zmiany na stacji benzynowej. Sokrates (takie imię nadał mu Dan) pokazał mu, że nic nie osiągnął, wszystkie jego czyny były osiągane bez świadomości, był liściem na wietrze, który w jego przypadku był po prostu bardzo pomyślny. Dan nie mógł się oprzeć sile i charyzmie Sokratesa, mimo początkowego braku wiary w słowa starego wariata, zaczął przychodzić co noc na stację. Jeszcze nie wiedział, że zmieni to całe jego życie.

Książkę po raz pierwszy zobaczyłem na liście obowiązkowych lektur dla każdego mężczyzny na jakimś blogu. Dlatego gdy natrafiłem na nią, niewiele wiedząc czym jest, postanowiłem przeczytać. Okazało się, że znowu trafiłem na poradnik z kategorii zen. Tak! Przynajmniej według mojej wiedzy, droga miłującego pokój wojownika, to jest droga zen. Z kim walczy wojownik? Tylko ze swoim Ja. Czego uczy go Sokrates? Medytacji, uważności, kontroli wszystkich aspektów związanych z ciałem, obserwacji swoich emocji, świadomego jedzenia. Jakie są supermoce wojownika?  Spokój w każdej sytuacji, wewnętrzna radość, niezależnie od tego co przyniesie los, świadome kierowanie swoim życiem.

Najmocniejszą stroną książki, oprócz przekazu jaki niesie, jest ukazanie relacji uczeń-mistrz. Sokrates jasno daje Danowi do zrozumienia gdzie jest jego miejsce. Przez większość czasu wyzywa go od durni, wyśmiewa przy każdej nadarzającej się okazji. Jest srogi i złośliwy, jednocześnie pała mocą, energią i radością, przez co wzbudza podziw i zaufanie swego ucznia. Tak naprawdę poza rozmowami Dana i Sokratesa w książce niewiele się dzieje, jednak lektura ta przyciągała mnie jak magnes. Gdy nie czytałem, to ciągle w myślach zastanawiałem się, co nowego wymyśli Sokrates, żeby stworzyć z Dana wojownika.

Czas na garść cytatów. Może zaciekawią Was na tyle, że też będziecie chcieli spotkać się z Sokratesem.

– Ten świat – powiedział Sokrates przesuwając ręką wzdłuż horyzontu – jest szkołą, Dan. Życie jest jedynym prawdziwym nauczycielem. Oferuje wiele doświadczeń, lecz gdyby samo doświadczenie przynosiło mądrość i spełnienie, wtedy wszyscy starsi ludzie byliby szczęśliwymi, oświeconymi mistrzami. Tymczasem lekcje doświadczenia są ukryte. Mogę pomóc ci uczyć się z doświadczeń, abyś mógł ujrzeć świat wyraźnie. Jasność jest czymś, czego właśnie teraz rozpaczliwie potrzebujesz.

– Myślę, że mnie nie zrozumiałeś – wskazał na mnie bakłażanem, po czym posiekał go na kawałki i wrzucił do miski. – Rozczarowanie jest największym darem jaki mogę ci ofiarować. Jednak z powodu swojego zamiłowania do iluzji, uważasz to określenie za negatywne. Gdy mówisz do przyjaciela: “Och, cóż za rozczarowanie musiałeś przeżyć” – współczujesz mu, podczas gdy powinieneś z nim świętować. Słowo rozczarowanie znaczy dosłownie uwolnienie od zaczarowania, czyli iluzji. Ale ty trzymasz się kurczowo swoich iluzji.

– Kiedy dziecko jest zaniepokojone, wyraża siebie poprzez żałosne zawodzenie – jest to autentyczny płacz. Nie zastanawia się, czy powinno płakać. Weź je na ręce lub nakarm, a sekundy wystarczą, by wyschły łzy. Jeśli dziecko jest rozgniewane, na pewno to zauważysz. Ale gniew także porzuca bardzo szybko. Czy możesz wyobrazić sobie dziecko, które czuje się winne z powodu swojego gniewu? Dzieci pozwalają mu po prostu płynąć, a potem zniknąć. W pełni wyrażają siebie, a potem milkną. Dzieci są wspaniałymi nauczycielami. I pokazują jak właściwie wykorzystywać energię.

Poczułem przebudzenie potężnej mądrości intuicyjnej, którą można by przełożyć słowami: “Stare pragnienia nadal będą pojawiać się, być może jeszcze przez lata. Ale nie pragnienia się liczą, lecz czyny. Wytrwaj przy swoim jak wojownik.”

– Jeśli masz wystarczającą ilość pieniędzy, aby zaspokoić swoje pragnienia, Dan, wtedy jesteś bogaty. Ale są dwa sposoby, by być bogatym: Możesz zarobić, odziedziczyć, pożyczyć, wyżebrać lub ukraść tyle pieniędzy, aby zaspokoić kosztowne pragnienia. Albo możesz prowadzić proste życie i mieć niewielkie pragnienia – w ten sposób będziesz miał aż nadto pieniędzy. Tylko wojownik posiada wgląd i dyscyplinę, aby wykorzystać ten drugi sposób. Pełna uwaga w każdym momencie jest moim pragnieniem i przyjemnością. Uwaga nic nie kosztuje – jedyną inwestycją jest trening. To kolejna korzyść z bycia wojownikiem, Dan – to jest tańsze! Widzisz, tajemnica szczęścia nie polega na szukaniu czegoś więcej, ale na rozwinięciu zdolności cieszenia się czymś mniejszym.

Subiektywnie: 5.5/6

Za: dobre wprowadzenie do zen, medytacji, buddyjskich pojęć umysłu oraz świetne ukazanie archetypowej relacji uczeń-mistrz

Przeciw: brak

Źródło: „Droga miłującego pokój wojownika” Dan Millman, Wydawnictwo Eldorado 1999

Kocia kołyska – Kurt Vonnegut

Tagi

, , ,

77687_137763536276897_194267_oDo ‚Kociej kołyski’ nie trzeba przekonywać nikogo, kto przeczytał choć jedną książkę Vonneguta. No chyba, że mu się nie spodobała, ale w to raczej wątpię. Mnie w smutno-śmieszny świat powieści tego pisarza wciągnął nauczyciel angielskiego z ogólniaka, który stawiał go na pierwszym miejscu twórców prozy amerykańskiej. Przeczytałem wtedy wszystko co było w naszej żarskiej bibliotece, niestety nie było tego za wiele. Z czasem udało mi się natrafić na jego pozostałe utwory, teraz po paru latach wracam do jego powieści, zachwycają mnie z zaskakującą świeżością.

Kurt Vonnegut uwielbia bawić się z czytelnikiem, zwykle porusza trudne tematy wykorzystując satyrę, humor, cyniczne dygresje, wplatając motywy sciene-fiction. Jego flagowym dziełem jest „Rzeźnia numer 5”, która dla mnie nadal pozostaje jego najlepszą powieścią. „Kociej Kołysce” przyznaję mocne drugie miejsce.

Akcja książki rozkręca się bardzo powoli, ospale. Główny bohater w formie pamiętnika opisuje swoje losy, zaczynając od tego, jak chciał napisać artykuł na temat twórcy pierwszej bomby atomowej. Przyspieszamy, gdy autor trafia na tajemniczą wyspę San Lorenzo. Poznajemy coraz więcej bohaterów, zauważamy absurdy otaczającego nas świata.

Jak Boga kocham, tam w Chicago dawno już przestaliśmy się zajmować produkcją rowerów. Teraz liczą się tylko stosunki międzyludzkie. Profesorkowie siedzą tylko i kombinują, jak by tu wszystkich uszczęśliwić. Nikogo nie można wyrzucić z pracy, choćby Bóg wie co wyczyniał, a jeśli ktoś w tym bałaganie przez pomyłkę zrobi rower, to związek zawodowy natychmiast oskarża nas o stosowanie okrutnych, nieludzkich metod, a rząd konfiskuje ten rower za zaległe podatki i wysyła go jako prezent dla niewidomych w Afganistanie. – I myśli pan, że na San Lorenzo będzie lepiej? – Jestem tego pewien. Ludzie są tam tak biedni, zastraszeni i głupi, że muszą mieć trochę zdrowego rozsądku.

Powoli zaczynamy przeczuwać jak to wszystko się skończy, wiemy już, że niedługo nastąpi moment kulminacyjny – koniec świata. Po raz pierwszy zdradzam zakończenie na blogu, ale to dlatego, że po pierwsze nie jest ważne, po drugie jest zdradzone w opisie książki na okładce. Koniec świata jak łatwo się domyśleć następuje z ręki człowieka, przez jego pychę i głupotę. Czy nas też to czeka?

I przypomniałem sobie Rozdział Czternasty Księgi Bokonona, przeczytany w całości poprzedniego wieczora. Rozdział Czternasty jest zatytułowany: Jaką nadzieję może żywić myślący człowiek co do przyszłości ludzkości, jeśli weźmie pod uwagą doświadczenia ostatniego miliona lat?
Na przeczytanie Rozdziału Czternastego nie trzeba zbyt wiele czasu. Składa się on z jednego tylko słowa i kropki.
Oto on:
‚Żadnej.’

Główna część akcji osadzona jest na wspomnianej już wyspie San Lorenzo.  W pewnym sensie wszystko na tej wyspie jest kłamstwem, zaczynając od podstawowej i najważniejszej rzeczy dla mieszkańców, nowej religii – bokononizmu. Wymyślona od początku przez Bokonona, której główna księga zaczyna się od słów, że wszystko co mówi Bokonon to kłamstwo. Religia ta posiada wiele pojęć oraz rytuałów. Jednym z ciekawszych jest zespalanie się z drugim człowiekiem poprzez stykanie się podeszwami stóp. Cyniczna i zakłamana religia  jest jednocześnie szczera i dająca radość ludziom. Wszyscy ludzie na wyspie wyznają bokononizm, ale jest on zabroniony przez dyktatora. Każdego wyznającego bokononizm, łącznie z Bokononem, czeka zawieszenie na haku. Bokonon nigdy nie został złapany i nigdy nie będzie, ponieważ zarówno Bokonon jak i dyktator wiedzą, że są sobie potrzebni, dopełniają się i oboje są ważni dla ludności San Lorenzo.

„Kocia Kołyska” jest krótką książką, czyta się ją praktycznie w chwilę. Mimo to ma bardzo wiele treści i tak jak praktycznie większość książek Vonneguta można ją czytać wiele razy. Często oskarżana jest o to, że dołuje swoim pesymistycznym podejściem do świata. Ja się mocno uśmiałem, może dlatego, że sam nie widzę zbyt optymistycznie przyszłości naszego gatunku.

Chciałem, żeby w tym wszystkim
Było choć trochę sensu,
Żeby człowiek mógł wyzbyć się lęku,
Żeby mógł myśleć o szczęściu.
Więc wymyśliłem łgarstwo,
I wszystko jest, jak trzeba,
I zmieniłem tę smutną wyspę
W istny przedsionek nieba.

Subiektywnie: 5/6

Za: humor, skłania do myślenia nad kondycją ludzką, nie można się oderwać

Przeciw: mogłaby być troszkę dłuższa

Źródło: „Kocia Kołyska” Kurt Vonnegut, Albatros 2012

Efekt jo-jo w motywacji – Zbigniew Ryżak

Tagi

, ,

600x848Opis książki troszkę mnie odrzucił, kolejna prezentacja tego co osiągnę po jej przeczytaniu, plus wychwalanie kompetencji autora pod niebiosa. Biorąc jednak pod uwagę, że autor ma sporo doświadczenia, książka była z polecenia i wymienione jest na początku słowo ‚zen’ (autor mocno poleca prace Shomy Mority japońskiego psychoterapeuty, który czerpał garściami z filozofii zen), przeczytałem tę pozycję i nie żałuję. Autor dosyć mocno stąpa po ziemi, wyśmiewa się z technik wyobrażania sobie sukcesów rodem z ‚Sekretu’. Książka jest również bardzo dobrze napisana, jakby rozmawiało się z pozytywnie nastawionym do swego ucznia mistrzem. Pomogła mi już w paru sytuacjach, więc mocno polecam.

Notatki:

  • Wyznaczanie celów powinno się odbywać na 4 poziomach:

Poziom fizyczny: o jakim konkretnym przedmiocie, sytuacji czy wydarzeniu marzysz?

Poziom własnego interesu: co najważniejszego ty sam będziesz  z tego miał? Z czym będzie się to dla ciebie wiązało?

Poziom interesu innych: co osiągnięcie tego celu da innym (żonie/mężowi, dzieciom, rodzicom, znajomym, nieznajomym, potrzebującym itd.)?

Poziom interesu świata: co dostanie świat, gdy zrealizujesz ten cel?

  • Jeśli nie wszystkie poziomy są uwzględnione, należy przedefiniować cel.
  • Cele należy definiować pozytywnie. Unikać użycia słowa ‚nie’ w ich określaniu.
  • Możesz dokonać analizy swojego charakteru. Dużo łatwiej jest  ‚negatywne’ cechy ujrzeć w pozytywnym świetle i je odpowiednio wykorzystać, niż je zmienić.
  • Nie można cały czas być zmotywowanym do działania. Nie masz wpływu na swoje emocje i nastroje jakie czujesz w danym momencie. Natomiast masz wpływ na swoje działania, więc bierz się do roboty, a nie czekaj na przypływ sił.
  • Nie poddawaj się, gdy poczujesz pierwsze oznaki zmęczenia. Zwykle nawykowo rezygnujemy gdy tylko zaczynamy czuć się zmęczeni. Istnieje jednak coś takiego jak drugi oddech, spróbuj do niego dotrzeć.
  • Każdego dnia próbuj robić coś trudnego, tylko dlatego, że jest to trudne.
  • Zwracaj uwagę na to co jest tu i teraz. Na to co odbierasz wszystkimi swoimi zmysłami. Nie bujaj w obłokach, nie myśl o przyszłości i przeszłości. Pomyśl o tym co Ty Możesz Zrobić Teraz.
  • Intencja paradoksalna – w przypadku gdy chcemy czegoś uniknąć, zamiast zmieniać temat, koncentrujemy się na tym. Gdy na przykład jest nam smutno, to możemy powiedzieć, jak dobrze, że jest mi smutno, chciałbym, aby było mi jeszcze gorzej, niech ten smutek nigdy się nie skończy. Technika wywodzi się z logoterapii Victora Frankla.
  • Nie zwiększaj na siłę swojej samooceny. Może będziesz czuł się lepiej, ale będziesz oszukiwał samego siebie. Na pewno nie staniesz się bardziej efektywny. Nie szukaj wartości w sobie, tylko w tym co robisz.
  • Siedem zasad naturalnej realizacji marzeń:

Zasada pierwsza. Przyjmuję wszystko, co się dzieje wewnątrz mnie. Nie ukrywam się przed niczym, co zechce pojawić się w mojej świadomości. Nie udaję przed sobą, że nie mam jakichś emocji. Nie udaję, że jestem pełny siły, gdy nie jestem. Nie udaję, że mam doskonały humor, gdy czuję smutek. Nie udaję spokoju, gdy wewnątrz czuję złość. Przyjmuję wszystko, co zechce się we mnie pojawić. Otwarcie przyjmuję zarówno emocje przyjemne, jak i nieprzyjemne. Otwieram na nie cierpliwą i wyrozumiałą uwagę.

Zasada druga. Porzucam nadzieję na zmianę swoich myśli i odczuć. Porzucam poczucie odpowiedzialności za emocje i myśli, jakie odczuwam. Porzucam oczekiwanie tego, bym się stał innym człowiekiem, bym miał inne myśli, odczucia, wyobrażenia, bym w inny sposób wyglądał, miał inne ciało czy inaczej mówił. Mam to, co powinienem mieć. Próby jakichkolwiek zmian siebie przez siłę woli są nieskuteczne. Mogę tylko usiłować zmienić swoje odczucia, ale nie mogę ich zmienić. Nie jestem odpowiedzialny za emocje i myśli, jakie do mnie przypływają. Myśl „to, co robię, jest bez sensu” nie jest moją winą i nie muszę jej na gwałt zmieniać. Nie jest moją winą smutek, złość czy zagmatwanie. Tak samo jak nie jest moją winą stan nieba za oknem — to, czy są na nim chmury, czy słońce.

Zasada trzecia. Przyjmuję pełną odpowiedzialność za wszystkie moje działania. Jestem odpowiedzialny za wszystkie moje czyny niezależnie od tego, jak się czuję. To, jakie myśli przychodzą mi do głowy oraz jakie emocje czuję, nigdy nie jest wytłumaczeniem zaniechania jakiegoś działania czy zrobienia czegoś, czego nie powinienem robić. Gdy człowiek spowoduje wypadek, wjeżdżając na czerwone światło, to to, że czuł pośpiech, nie jest okolicznością łagodzącą. Każdy z nas codziennie robi setki rzeczy, na które nie ma żadnej ochoty — chodzimy do dentysty, wstajemy wcześnie rano, witamy się ze zrzędzącym sąsiadem, płacimy podatki itp. Nikt z tego nie robi problemu. Mówienie „ale ja się bardzo bałem” nie wyleczy zepsutych zębów. Jestem w pełni odpowiedzialny za wszystkie moje działania, niezależnie od tego, co czuję. Jeżeli nie mam najmniejszej ochoty wymyć garów, nie jestem odpowiedzialny za to, ile zapału czuję do mycia garów, ale jestem w pełni odpowiedzialny za to, czy gary są wymyte, czy nie.

Zasada czwarta. Pozwalam sobie dostrzec świat wokół mnie. Przestaję utrzymywać skupienie uwagi na mnie samym — moich odczuciach czy myślach. Utrzymywanie uwagi na sobie samym jest jak skupianie się na szybie, zamiast na widoku za nią. Zza najbrudniejszej szyby można zobaczyć wspaniały widok, a przez najbardziej czystą taflę niczego można nie zobaczyć. Gdy tylko mogę, skupiam swoją uwagę na tym, co mnie w danej chwili otacza — na innych ludziach, niebie, powietrzu…

Zasada piąta. Pamiętam o swoim marzeniu i celach, choćby nie wiem jak wydawały mi się nierealne, odległe czy śmieszne. Zadaję sobie pytania: „Co teraz jest moim celem? Do czego teraz dążę?”. Gdy piszę, staram się przypominać sobie, po co to piszę. Jaki problem chcę rozwiązać? Jakiej rozrywki chcę dostarczyć? Komu chcę pomóc? Co jest moim celem?

Zasada szósta. Skupiam się na kolejnym kroku. W każdej chwili mogę zrobić jeden mały krok do przodu. Jeżeli znam swój cel, mogę skupić się na kolejnym kroku. Nie mogę zrobić wszystkiego od razu. Skupiam się na tym, co mam pod nosem. Nie czekam, aż zmienią się warunki, ktoś mi pomoże, lepiej się poczuję czy wreszcie nauczę się wszystkiego, co powinienem umieć. Wszystko, co mogę teraz zrobić, to… Nie jest ważne, co mogą zrobić inni, by mi pomóc. Nie jest ważne, co mogę zrobić kiedyś, w przyszłości. Ważne jest to, co ja mogę zrobić teraz.

Zasada siódma. Rezygnuję dopiero, gdy mi się uda. Jestem osobą, która łatwo się wycofuje. Często czuję, że to, co robię, nie ma sensu. Często zabieram się za coś innego, bo wydaje mi się, że odniosłem totalną porażkę. Potem okazuje się, że wcale tak źle nie było. To wszystko tylko myśli i odczucia. Nie jest ważne, dlaczego i skąd się wzięły. Szkoda czasu na ich leczenie i analizę. Wiem, że są po prostu jak stara zrzędząca baba, która chce mnie zepchnąć z mojej drogi. Mówi tym głośniej, im bardziej chcę ją zagłuszyć. A gdy robię swoje mimo jej zrzędzenia, cichnie. Tak, zmienię swoje cele, wycofam się, zrezygnuję — ale dopiero gdy uda mi się to, do czego dążę.

Źródło: „Efekt jo-jo w motywacji” Zbigniew Ryżak, Wydawnictwo Złote Myśli sp. z o.o. 2012

Siła nawyku – Charles Duhigg

Tagi

, ,

124099-352x500Napomknąłem wcześniej, że nie będę recenzować niebeletrystycznych książek, które przeczytałem. Doszedłem jednak do wniosku, że wykorzystam mój blog jako dobre miejsce do zorganizowania notatek z danej lektury. Zaczynam nowy dział określony ogólnie jako „Rozwój”. Nie będzie w tej kategorii recenzji tylko bardziej zbiory, niekoniecznie powiązanych ze sobą, notatek, przemyśleń i rad powstałych na podstawie lektury.

Na pierwszy ogień pada „Siła nawyku” Charlesa Duhigga. Za dużo tego nie ma, książka jest w sumie przegadana, choć czyta się bardzo dobrze.

Notatki:

  • Nawyki powstają przy wykorzystaniu jednej z najstarszych i najprymitywniejszej części naszego mózgu – jąder podstawnych.
  • Praktycznie nie da się wyeliminować nawyku, można natomiast go zmienić.
  • Nawyki działają na zasadzie pętli nawyku. Składa się ona z wskazówki (wyzwalacza), nawykowego zachowania oraz nagrody. Aby zmienić nawyk należy zidentyfikować wskazówkę, zmodyfikować zachowanie i poeksperymentować z nagrodą. Identyfikacja wskazówki jest trudna ze względu na ilość informacji jaka dociera do nas w każdej chwili. Może to być czas, wydarzenie, miejsce, inni ludzie, nastrój etc. Autor na przykład odkrył, że jego podjadanie związane było z potrzebą rozmowy z kimś podczas przerwy w pracy, a nie potrzebą zjedzenia batona.
  • Istnieje coś takiego jak nawyk kluczowy. Dosyć tajemniczo jest to wyjaśnione. Chodzi o to, że możemy wyrobić sobie nowe nawyki, dzięki którym samokontrola stanie się dla nas nawykiem. Czyli w celu np. rzucenia palenia, zaczynamy od wyrobienia sobie kluczowego nawyku np. biegania. Trenujemy siłę woli, dzięki której łatwiej walczyć z innymi nawykami. Brzmi cudnie.
  • Starbucks odniosło sukces dzięki szkoleniu pracowników, aby byli ‚wspaniali’ dla swoich klientów. Główną częścią treningu było stworzenie systemu nawykowych reakcji na wszelkie możliwe zachowania klienta. Każdy pracownik musiał odpowiedzieć jak powinien zachować się w przypadku spotkania na przykład ze wściekłym klientem, po czym daną reakcję ćwiczono, aż wchodziła w automatyczny nawyk. Głównie ta idea odpowiedzialna jest za wielki sukces Starbucksa.

Ciekawostki:

  • Firmy wykorzystując karty lojalnościowe analizują zakupy i wysyłają potem spersonalizowane ulotki do poszczególnych klientów. Podobno najbardziej polują na przyszłe matki, gdyż moment po urodzeniu dziecka sprzyja zmianom zwyczajów związanych z zakupami.
  • W celu wypromowania utworu puszczany jest on między znanymi już hitami. Smakowite określenie na tą technikę to ‚kanapka’.
  • Nałogowi hazardziści na podświadomym poziomie traktują prawie wygraną jako wygraną. Jak łatwo się domyśleć konsekwencje tego są straszne.
  • Większość informacji z tej książki znajduje się na blogu o takiej samej nazwie: http://silanawyku.blog.onet.pl/  Powstał chyba w celu promocji książki, ale po przeczytaniu wpisów z niego, nie ma już sensu sięgać po drukowaną wersję. Jest on ‚wzbogacony’ przez wpisy z naszego polskiego podwórka.

Refleksje na temat książki:

  • Pojęcie nawyku jest zbyt szeroko ujęte w tej książce. W pewnym sensie jest to kolejny poradnik, który za pomocą jednej teorii próbuje wytłumaczyć wszystkie zachowania człowieka. Na przykład więzy przyjaźni nazywane są nawykami przyjaźni. Książka jest bardzo konkretna i sensowna w pierwszej części, gdzie opisywane są nawyki z punktu widzenia konkretnej jednostki. Natomiast pozostała część książki opisująca społeczne i biznesowe ujęcie nawyków jest już troszkę naciągana. Autor na podstawie poszczególnych przypadków (m. in. Starbucks, Target, Alcoa) tworzy swoje teorie, nie ma w tej części żadnych informacji na temat badań naukowych. Mimo wszystko cała książka jest ciekawa i czyta się ją bardzo dobrze. Myślę, że warto poeksperymentować ze swoimi nawykami.

Źródło: „Siła nawyku” Charles Duhigg, Dom Wydawniczy PWN 2013

Nakręcana dziewczyna. Pompa numer 6 – Paolo Bacigalupi (część 1)

Tagi

, , , ,

nakrecana-dziewczyna-pompa-numer-szesc-b-iext4023287Książka ta składa się ze zbioru opowiadań i powieści – „Nakręcana dziewczyna”. Muszę zaznaczyć, że przeczytałem tylko opowiadania i tylko o nich będę teraz pisał. Do powieści może wrócę w przyszłości.

No właśnie, przyszłości… Bacigalupi kreuje przed nami wiele obrazów jej dalszej, bądź bliższej wersji. Nie są one nastrajające optymistycznie, Nostradamus przy nim jawi się jako niepoprawny optymista. W większości opowiadań przedstawiana jest ludzkość o krok od wymarcia. Sposobów na to autor wymyślił wiele i większość z nich powstała w wyniku postępowania ludzi. Otóż w jednej z wizji doprowadziliśmy do takiego zanieczyszczenia, że rozmnażanie jest praktycznie nie możliwe, wymaga poświęceń, których niewielu jest w stanie dokonać. Kolejną opcją jest wymknięcie się spod kontroli eksperymentów genetycznych, które doprowadziły do wymarcia większości roślin i zwierząt, no i jeszcze, żeby było optymistyczniej to surowce energetyczne się skończyły. Mamy również wizję, w której ludzkość osiągnęła nieśmiertelność dzięki nauce, ale co z tego, jak nic innego nie przetrwało na ziemi. Tytułowe opowiadanie „Pompa nr 6” przedstawia ludzi tak skretyniałych, że ciężko doszukać się w nich człowieczeństwa.

Bardzo dobrze się to czyta, wiedząc, że surowców starczy nam jeszcze na jakieś 50 lat, inżynieria genetyczna jest jeszcze w powijakach i nie wszyscy zostali jeszcze zamienieni w zombie patrzące się w telewizor lub komórki. Mimo wszystko dreszcze po plecach chodzą.

Ciężko zrobić zbiór opowiadań, w którym wszystkie opowiadania byłyby na najwyższym poziomie i niestety ten dla mnie taki nie jest. Do tego poziom opowiadań zmniejszał się, z każdym kolejnym, co doprowadziło do tego, że postanowiłem zrobić sobie przerwę przed powieścią.

Całość otwiera opowiadanie „Maleńkie ofiary”, które pokazuje ludzkość postawioną przed takim wyborem, przy którym problemy etyczne eutanazji czy aborcji są dziecinną igraszką. Mocne doświadczenie.

Kolejnym utworem, który mnie oczarował jest „Fletka”. Ciężko go opisać, bez zdradzenia największego smaczku. Wszystko toczy się wokół tajemnicy, co się stało z ciałem głównej bohaterki w wyniku wielu zabiegów plastycznych, dlaczego ona ma tak kruche kości? Scena kulminacyjna, w której wszystko zostaje odkryte zbija z nóg i do tego zniewala poetyckim opisem, czegoś takiego nie da się zapomnieć.

Do wielkiej trójki tego zbioru dodaję jeszcze „Ludzi piasku i popiołu”. To właśnie w tym opowiadaniu ludzkość jest nieśmiertelna, ale znajduje się po środku niczego, faunę i florę można spotkać już tylko przeglądając rejestry historyczne na komuputerze. Po skonfrontowaniu ich z reliktem przeszłości, zwykłym, ułomnym i śmiertelnym psem, można zadać pytanie, czy warto tak żyć. To jest chyba też najdziwniejsze opowiadanie. A oto dowód:

Lisa świetnie pływała. Cięła metalicznie połyskujący ocean jak prehistoryczny węgorz, a kiedy się wynurzała, na jej nagim ciele lśniły setki opalizujących kropelek ropy. Kiedy słońce zaczęło zachodzić, Jaak podpalił ocean swoją sto jedynką. Usiedliśmy i patrzyliśmy, jak wielka, czerwona kula opada przez kłęby dymu, z każdą minutą coraz intensywniej karmazynowa. Płonące fale wbiegały na plażę. Jaak zaczął grać na harmonijce, a Lisa i ja kochaliśmy się na piasku. Mieliśmy zamiar amputować jej kończyny na weekend, żeby spróbowała tego, co zrobiła mi na ostatnim urlopie. To była nowa moda z L.A., eksperyment, pozwalający poczuć się bezbronnym.

Pozostałe opowiadania przedstawiają głównie ludzkość radzącą sobie z brakiem surowców, walczącą z chorobami genetycznymi etc. Są to całkiem dobre opowiadania, ale niestety dla mnie stają w dużym kontraście do wyżej wymienionych perełek, pod każdym względem. Gdy zobaczyłem, że „Nakręcana dziewczyna” jest umiejscowiona w świecie opisywanym przez właśnie te opowiadania, doszedłem do wniosku, że przyda mi się trochę przerwy.

Subiektywnie 4.5/6

Za: parę niezapomnianych momentów, wiele świetnych pomysłów, daje do myślenia

Przeciw: Trochę nierówny poziom (chociaż to chyba tylko dlatego, że 3 opowiadania są za dobre)

Źródło: „Nakręcana dziewczyna. Pompa numer 6” Paolo Bacigalupi, Mag 2011

Bracia Sisters – Patrick deWitt

Tagi

, , ,

bracia-sisters-b-iext20853295

Eli i Charlie Sisters to dwóch ‚sympatycznych’ braci, bardzo dobrych w swoim zawodzie. Pracę mają prostą i ciekawą – zabijają ludzi. Rekomendacje mają chyba w całych stanach, bo gdzie się nie pojawią ludzie milkną, a najchętniej ewakuują się.

Na pierwszy rzut oka, bracia bardzo różnią się między sobą. Charlie, samozwańczy przywódca, jest uosobieniem złego charakteru. Nie da się z nim dyskutować, woli najpierw zabić, a potem się pytać. Regularnie upija się do nieprzytomności, wszystkie kobiety po spotkaniu z nim wychodzą wściekłe, wykorzystane i nieopłacone. Nawet nie zależy mu na swoim bracie, nie liczy się z jego słowem, zataja przed nim informacje, nie zależy mu, aby z nim pracował.

– Każde serce ma swój dźwięk – powiedziała do Charliego – zupełnie jak dzwon. Dźwięku twojego serca słucha się bardzo trudno, młody człowieku. Bolą mnie od niego uszy, a oczy bolą mnie, kiedy patrzę w twoje oczy.

Eli, młodszy, sympatyczniejszy i zdecydowanie grubszy, jakby mógł, to zaopiekowałby się każdym nieszczęśliwym stworzeniem, często się zakochuje, naiwnie i platonicznie. Raczej nie jest przekonany do tego, że zabijanie jest jego powołaniem. Eli jednak nie zawsze jest łagodnym olbrzymem, jeśli ktoś mu nadepnie na odcisk, skończy w kawałkach.

– Krew mamy taką samą, tylko inaczej z niej korzystamy.

Zarys fabuły jest dosyć prosty, Sisters dostają zlecenie na zabicie Hermana Kermita Warma.  Aby to zrobić muszą przebyć sporą drogę z Oregon City do San Francisco. Po drodze spotykają wielu bohaterów, którzy raczej nie są szczęśliwi z tych wizyt. Dowiadujemy się również, czego to nam na początku nie dopowiedział drogi Charlie w sprawie tego zlecenia.

– Wczoraj widziałem człowieka, który skoczył z dachu hotelu Orient. Śmiał się aż do samej ziemi, a potem się rozbryznął. Mówią, że był pijany, ale ja go widziałem niedługo przedtem. Jest tu takie poczucie, które, jak już człowieka chwyci, to zatruwa go do cna. To szaleństwo nadmiaru możliwości. Ostatni czyn tego skaczącego z dachu człowieka to ucieleśnienie zbiorowego ducha San Francisco. Świetnie go rozumiałem. Jeśli chcą panowie znać prawdę, to mocno mnie kusiło, żeby mu klaskać.

Narratorem książki jest Eli. I całe szczęście, bo jakbyśmy się dostali do głowy Charliego to pewnie nie wyszlibyśmy już tacy sami. Z tego powodu język jest dosyć prosty, ale nie ubogi. Jest to western, ale akcja nie toczy się tak jak u Sergio Leone, jest na tyle wartka, że dawno nie miałem takich kłopotów z oderwaniem się od czytania. Książka przepełniona jest brutalnymi scenami, ale nie przytłacza z racji wielkiego poczucia humoru autora. Świat może i jest okropny jak u McCarthiego, ale po co się dołować, jak można się z tego śmiać.

Niczego mi tutaj nie brakuje, ale raczej nie jest to ambitna literatura. Dawno książka nie dostarczyła mi tak dużo rozrywki, jest wciągająca, ma wspaniałych bohaterów, można się przy niej uśmiać, ale też zagryźć palce z nerwów. Cieszę się, że mogłem spotkać braci Sisters, zwłaszcza, że nie bezpośrednio, a przez karty tej powieści.

Jak zwykle przed zabijaniem, zacząłem pęcznieć od środka, a mój umysł zalał przewrócony kałamarz czarnego atramentu, z którego wnętrza bez ustanku wypływała jego nieobjęcie nieskończona zawartość. Poczułem mrowienie i swędzenie w mięśniach i na głowie i stałem się kimś zupełnie innym albo raczej swoim drugim ja, kimś, kto bardzo się cieszył, że właśnie wychodzi z mroku w pełny życia świat, gdzie może robić, co mu się podoba. Przepełniały mnie jednocześnie żądza i wstyd, więc pomyślałem: Czemu tak się rozkoszuję tym powrotem do zwierzęcości? Głośno wypuściłem nozdrzami gorące powietrze, podczas gdy Charlie był cichy i spokojny. Gestem nakazał mi, żebym się też uciszył. Przyzwyczaił się do tego, że mną tak kieruje – najpierw podjudza, a potem zagania do walki. Wstyd – pomyślałem – wstyd i krew, i upodlenie.

Subiektywnie: 5/6

Za: wartka akcja, bohaterowie (zwłaszcza bracia), poczucie humoru, doskonała rozrywka

Przeciw: Brak

Źródło: „Bracia Sisters” Patrick deWitt, Wydawnictwo Czarne 2013

P.S. Miałem trochę dłuższą przerwę, na szczęście nie wynikającą z braku czasu na czytanie. Przeczytałem parę książek w tematyce filozoficzno-psychologicznej, których nie wrzucę tutaj z racji braku odpowiedniego wykształcenia. Staram się raczej unikać sytuacji w stylu „nie znam się to się wypowiem”.