Koniec świata – Czesław Miłosz

Tagi

,

W dzień końca świata 

Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.
W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.
A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.
Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

Źródło: http://www.poezjaa.info/index.php?p=2&a=6&u=112

Reklamy

Wydrążony człowiek – Dan Simmons

Tagi

,

wydrazony-czlowiek-b-iext6326702Ból rzeczywistości ranił go jak odłamki potłuczonego szkła. To uczucie zastępowało łzy.

Dan Simmons uwiódł mnie swoimi dylogiami science fiction. Wielkie tomiszcza „Hyperiona” i „Endymiona” i ich kontynuacje pochłonęły mnie całkowicie i stoją teraz w chwale na mojej półce. „Terror” osadzony mocno w kontekście historycznym nie był już tak przykuwający, ale nie można mu odmówić klimatu. Po przeczytaniu „Drooda”, książki opartej na fragmencie życiorysu Dickensa, przeniosłem Simmonsa do ścisłej czołówki moich ulubionych pisarzy. Zacząłem kopać w poszukiwaniu kolejnych jego pozycji, no i dokopałem się…

„Wydrążony człowiek” to książka która przeniesie Cię do najmroczniejszych zakątków ludzkiej psychiki. Stanowczo nie polecam w trudnych życiowych momentach, bo może wyrządzić krzywdę. Jeśli nie spodobali wam się „Próżni ludzie” T. S. Eliota, bo z byt smutne, dołujące, to ta pozycja nie jest dla Was. Tych co pozostali gorąco zachęcam do tej lektury, bo jest to niesamowite przeżycie.

Jeremy ma potężną moc, może czytać ludzkie myśli. Niestety nie sprawia to, że jest on superbohaterem, raczej jest to jego przekleństwo. Wie co kryje się za ludzkimi uśmiechami, jakie prawdziwe intencje schowane są za dobrymi radami, jak wiele cierpienia ukrytego jest w ludzkich umysłach. Raz w życiu los do niego się uśmiecha, nie jest sam. Na przyjęciu poznaje Gail, osobę o takich samych zdolnościach, ich umysły łączą się w jednej chwili. Myśli się przelewają, życiowe historie, sekrety, uczucia, następuje pełna synchronizacja. W jednej chwili wiedzą, że są dla siebie przeznaczeni, żeby nie powiedzieć – skazani na siebie. Wszystko to poznajemy z retrospekcji, Gail umiera w pierwszym rozdziale…

Nawet w tych cichych głosach pobrzmiewał ból: ból z powodu wymuszanych przez życie kompromisów; ból na myśl o własnej śmiertelności i przerażającej śmiertelności własnych dzieci; ból wywołany arogancją wszystkich, którzy chętnie zadawali ból, jak ci, których Bremen spotkał w swych podróżach; i wreszcie ostateczny ból z powodu nieuniknionej straty, nawet gdy doznaje się wszystkich ziemskich, podtrzymujących na duchu przyjemności.

Gdy Gail żyła pomagała Jeremiemu utrzymać barierę ochronną przed ludzkimi myślami. Po jej śmierci musiał zmierzyć się nie tylko ze swoim cierpieniem, ale również z cierpieniem wszystkich wokół. Jeremy pali swój dom i rusza w świat. Tak zaczyna się ta historia. A zmierza ona do bardzo nieoczekiwanych wydarzeń. Simmons to człowiek orkiestra słowa pisanego i bardzo wyraźnie to widać w „Wydrążonym człowieku”. Stworzył misterny patchwork. Czego tu nie ma? Mamy elementy sensacyjne, gdy Jeremy musi zmierzyć się z mafią, wspomniany wątek science fiction związany z czytaniem myśli, oczywiście romans, a nawet thriller przechodzący w horror gore. Fabuła płynie bardzo krętą rzeką i nigdy nie wiadomo co będzie na następnym zakręcie. Wszystko to przeplatane jest wątkami filozoficzno-naukowymi, w których Jeremy (który na marginesie jest genialnym matematykiem) próbuje rozwikłać zagadkę ludzkiej psychiki oraz jego nadprzyrodzonych zdolności.

„Wydrążony człowiek” sprostał wszystkim zadaniom jakie stawiam literaturze. Wciąga, zaskakuje, wyżyma emocjonalnie jak gąbkę, skłania do refleksji, a po odłożeniu długo zostaje w pamięci.

T. S. Eliot został przywołany w tej recenzji nieprzypadkowo. Fragment „Próżnych ludzi” został wykorzystany w tytułach rozdziałów…

Nie tu są oczy
Nie ma tu oczu
W tej dolinie umierających gwiazd
W tej wydrążonej dolinie
Złamanej szczęce naszych utraconych królestw
W tym ostatnim miejscu spotkania
Na oślep szukamy
Nieufni i niemi
Na żwirach zgromadzeni nad opuchłą rzeką
Na zawsze niewidomi
Bo nie ukażą się oczy
Gwiazda nieustająca
Wielolistna róża
Królestwa śmierci bez światła ni cienia
Nadzieja tylko
Pustych ludzi

Subiektywnie: 5.5/6

Za: wciągająca, nieprzewidywalna mikstura gatunków, poruszająca emocjonalnie, skłaniająca do refleksji, przesiąknięta mrocznym klimatem

Przeciw: brak

Źródło: „Wydrążony człowiek” Dan Simmons, Prószyński i S-ka 1997

Próżni ludzie – T. S. Eliot

Tagi

,

Utwór ten jest wprowadzeniem do recenzji, która ukaże się niedługo.

I

My próżni ludzie
My wypchani ludzie
Podpieramy się wzajem
Niestety w głowach słoma
Kiedy do siebie szepczemy
Ciche i bez znaczenia
Są nasze wyschłe głosy
Jak wiatr dmący przez osty
Jak szczurze łapki na rozbitym szkle
W naszej suchej piwnicy

Kształty bez formy, cienie bez koloru
Zastygła siła i gesty bez ruchu.

Ci, którzy weszli nie spuszczając oczu
W inne królestwo śmierci
Wspomną jeżeli wspomną
Nie dusze gwałtowne
Lecz ludzi wydrążonych
Lecz wypchanych ludzi.

II

Oczu napotkać w snach się nie odważę
W sennym królestwie śmierci
Nigdy się nie ukażą:
Tam oczyma będzie
Blask słońca w kalekiej kolumnie
Tam drzewo w kołysaniu
I głosy tam będą,
Jak wiatr w liści szumie
Bardziej odległe bardziej uroczyste
Niż gwiazda co traci blask.

Obym nie stał bliżej
Sennego śmierci królestwa
Niech wdzieję jak wszyscy
Takie wymyślne przebranie
Sierść szczurzą, krucze pióra
Patyki jak w polu strach
Niech chylę się jak wieje wiatr
Nie bliżej –

Niech się oddali ostatnie spotkanie
W mrocznym królestwie.

III

Oto kraina martwa
Kraina kaktusów
Gdzie przed wzniesionymi
Posągami z kamienia
Dłoń umarłego wzywa łaski głazu
Pod migotaniem spadającej gwiazdy.

I czy jest tak właśnie
W innym królestwie śmierci?
Budzimy się samotni
W chwili kiedy ciało
Przenika czułość
I wargi co chcą pocałunków
Do strzaskanego modlą się kamienia.

IV

Tu nie są oczy
Oczu tutaj nie ma
W mrocznej dolinie gwiazd umierających
W tej dolinie próżnej
Złamanej szczęce naszych dawnych królestw
W tym ostatnim miejscu spotkania
Szukamy się po omacku
I słów unikając
Stajemy w piasku nad rzeką obrzmiałą

Niewidomi zanim
Oczy nie zjawią się znowu
Jak gwiazda nieustająca
Stulistna róża
Mrocznego królestwa śmierci
Nadzieja tylko
Pustych ludzi

I okrążamy kolczasty kłąb
kolczasty kłąb kolczasty kłąb
I okrążamy kolczasty kłąb
O piątej godzinie rano

Pomiędzy myślą
A rzeczywistością
Pomiędzy zamiarem
A czynem
Kładzie się cień

Albowiem Twoje jest Królestwo

Pomiędzy pomysłem
A dziełem
Pomiędzy wzruszeniem
A odczuciem
Kładzie się cień

Życie jest bardzo długie

Pomiędzy żądzą
A spazmem rozkoszy
Pomiędzy możnością
A istnieniem
Pomiędzy istotą
A jej zstąpieniem
Kładzie się cień

Albowiem Twoje jest Królestwo

Albowiem Twoje jest
Życie jest
Albowiem Twoje jest

Oto jak kończy się świat
Oto jak kończy się świat
Oto jak kończy się świat
Nie z trzaskiem lecz ze skomleniem

Źródło: http://poema.pl/publikacja/26557-t-s-eliot-prozni-ludzie

Potworny regiment – Terry Pratchett

Tagi

,

potworny-regiment-b-iext9626633Kłopoty z umysłem Polly polegały na tym, że stawiał pytania nawet wtedy, kiedy naprawdę, ale to naprawdę nie chciała poznać odpowiedzi.

Szukając czegoś do poczytania w te wakacje uświadomiłem sobie, że mam lekkie zaległości w książkach ze Świata Dysku. Czy po przeczytaniu prawie 30 książek z tego samego uniwersum Pratchett jest jeszcze w stanie mnie czymś zaciekawić?

Na początku chyba każdy sięga po Pratchetta dla czystej zabawy. Ciężko powstrzymać się od śmiechu niezależnie od miejsca, w którym się czyta. Jednak jeśli rzuci się okiem na szerszy obraz cyklu Świata Dysku to nie jest on taki zabawny, do tego z każdą książką robi się coraz bardziej mroczny. Świat w którym przestępczość jest zalegalizowana, rządzi nim cyniczny władca absolutny, ludzie walczą o przetrwanie gardło sobie podrzynając, bogowie bawią się ludźmi, a po całym świecie hula Śmierć, który nie do końca zadowolony ze swojej pracy chciałby lepiej poznać ludzkość. Jak jeszcze człowiek wie, że Pratchett jest chory na Alzheimera i walczy o legalizacje eutanazji to jakoś tak smutno się robi. Czy można się jeszcze śmiać czytając Pratchetta?

Bierzesz ludzi, którzy na oko niczym się nie różnią od ciebie i ode mnie, ale kiedy połączysz ich wszystkich razem, dostajesz wielkiego szaleńca z granicami państwowymi i hymnem.

Na oba pytania spokojnie mogę udzielić odpowiedzi pozytywnej. Tym razem przenosimy się z miasta Ankh-Morpork do Borogravii, zadziornego państwa, które nie ma za bardzo czego bronić prócz honoru i swojej religii. Teraz o te wartości walczy ze Zloebenią, której władca książę Heinrich ma chrapkę na tron Borogravii. Pratchett  nie wybrał na bohatera książki nikogo ze standardowych zestawów postaci (magowie, czarownice, strażnicy), bohaterem jest na pierwszy rzut oka zwykła, dziewczyna – Polly. Polly, która postanowiwszy odnaleźć swojego niezbyt rozgarniętego brata, ścina włosy, ubiera spodnie i jako Oscar Perks wciela się do regimentu „Piersi i Tyłki”.

Polly ścięła włosy przed lustrem. Miała trochę wyrzutów sumienia z powodu tego, że nie ma z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.

No właśnie, regiment. Jedna z najmocniejszych stron tej powieści. Mamy tutaj fanatyka religijnego (borogravianie wierzą w Nuggana, religia trochę wymknęła się spod kontroli i właściwie prawie wszystko jest zakazane), wampira uzależnionego od kawy, trolla, na tyle inteligentnego, że można się z nim porozumieć, Igora… no Igor to Igor. Wszystkim tym zarządza Jackrum człowiek z równikiem zamiast talii, wieczny sierżant, weteran wszystkich borogravskich współczesnych wojen. Prawie każdy z bohaterów ma jakiś sekret i swój prywatny cel zapisu do regimentu. Autor skomponował iście wybuchową mieszankę.

– Wiesz, Perks, na czym polega większa część wojskowego szkolenia? Czemu służą wrzaski takich bubków jak Strappi? Żeby cię zmienić w człowieka, który na jedno słowo komendy wbije klingę w jakiegoś biednego pętaka, całkiem do ciebie podobnego, który akurat nosi niewłaściwy mundur. On jest taki jak ty, ty jesteś taki jak on. On tak naprawdę nie chce cię zabijać i ty naprawdę nie chcesz zabijać jego. Ale jeśli ty nie zabijesz go pierwszy, on zabije ciebie. To wszystko, początek i koniec.

Pratchett z wiekiem robi się coraz większym moralizatorem. Znam wielu, którzy nazwali by go lewakiem i nie chodziłoby im o nazwę sztyletu. Pratchett krytykuje wojny w imię zasad lub w obronie religii.  Porusza tematy równości płci, przemyca bohaterów o homoseksualnych skłonnościach. Pokazuje bezsensowność wiary w martwe słowo. Wszystko to robi w sposób bardzo bezpośredni i z wielkim poczuciem humoru. Niestety wydaje mi się, że trochę za mało daje do myślenia, wszystko jest zbyt prosto przedstawione, nie pozostawiając miejsca na polemikę.

Czyta się toto bardzo dobrze. Co chwila natrafiamy na pratchettowe humorystyczne smaczki. Fabuła jest wciągająca, pełna zwrotów niczym Amazonka, wszystko to w gęstych oparach Monty Pythonowego absurdu. Był to dla mnie bardzo odświeżający powrót do Świata Dysku.

Subiektwynie: 4.5/6

Za: absurdalna, wciągająca fabuła, wybuchowy miks bohaterów, porusza wiele ważnych tematów

Przeciw: Pratchettowa filozofia wyłożona „kawa na ławę”

Źródło: „Potworny regiment” Terry Pratchett, Prószyński i S-ka 2008

Oda do rąk – Halina Poświatowska

Tagi

,

Bądźcie pozdrowione moje dłonie, palce moje chwytne, z których jeden przytrzaśnięty drzwiami samochodu, fotografowany promieniami Roentgena — dłoń na zdjęciu wyglądała jak zwichnięte skrzydło — niewielki okruch kości obrysowany własnym odrębnym konturem. Serdeczny palec lewej ręki ozdobiony raz pierścionkiem owdowiały jest teraz i pozbawiony swej ozdoby. Ten, który mi dał pierścionek, już dawno nie ma palców, jego ręce splotły się w jedno z korzeniami drzewa.
Ręce moje tyle razy dotykające stygnących dłoni umarłych i ciepłych mocnych żywych dłoni. Umiejące pieścić niezwykle, w dotyku zatracające przestrzeń dzielącą istnienie od istnienia i niebo od ziemi. Ręce, którym nieobcy ból bezsilności, wczepione w siebie jak dwa przelękłe ptaki, bezdomne, szukające na oślep i wszędzie śladu twoich rąk.

 

Źródło: http://poswiatowska.org/wiersze/oda-do-rak-1966-1/oda-do-rak.html

Cylinder Van Troffa – Janusz Zajdel

Tagi

,

155x220Człowiek nie lubi, kiedy mu ktoś podtyka pod nos obraz jego niezbyt świetlanej przyszłości…

W niedalekiej przyszłości ludzie będą musieli zmierzyć się z dwoma dosyć nurtującymi problemami: przeludnieniem oraz wyczerpaniem zasobów, w sumie jedno z drugim mocno powiązane. W „Cylindrze Van Troffa” Janusz Zajdel przedstawił dosyć ciekawe rozwiązanie tych kwestii. Ale zacznijmy może od początku.

Główny bohater, wraz ze swoją drużyną, wraca z kosmicznych wojażów na orbitę ziemską z pewnym opóźnieniem, 100 lat obsuwy raczej nie można uznać za standardowy kwadrans akademicki. Okazuje się, że z pewnych niewyjaśnionych względów muszą wylądować na Księżycu, gdyż lądowanie na Ziemi jest zakazane. Dużo się podziało w czasie ich wycieczki, między innymi ludzkość poradziła sobie z przeludnieniem, rozwiązanie ich można uznać za ostateczne. Dowiadujemy się jakie są skutki prokrastynacji dotyczącej globalnych problemów Ziemi, poznajemy strukturę społeczeństwa mieszkańców Księżyca co jest dosyć charakterystyczne dla zajdlowskiej socjologicznej SF. Odkryjemy czy głównemu bohaterowi uda się odnaleźć ukochaną, którą zostawił 150 lat temu i jak do tego wszystkiego ma się tytułowy cylinder Van Troffa. Postawimy stopę na Ziemi, która niestety stała się terra incognita. Jendym słowem jak na tak krótką powieść dzieje się dużo.

I tu pojawia się problem, bo określenie „dzieje się”, nie bardzo pasuje do tej książki. Styl jest topornie ubogi (stąd też tylko jeden symboliczny cytat), akcji dosłownie brak, bohaterowie szablonowi, lekko nakreśleni, brutalnie wykorzystani tylko po to, żeby przedstawić dużo ciekawsze od nich idee.

Mimo tych wad warto doczytać do końca. Zwłaszcza, że Zajdel wykorzystał bardzo ciekawy myk. Otóż książka ta to zapiski naukowca, który znalazł ‚zielony dziennik’ głównego bohatera. Naukowiec zaginął, zapiski odnalazł jego przyjaciel i opatrzył stosownym komentarzem. Takie zagnieżdżenie formy sprawia, że gdy już się z tego wydostaniemy, umysł zrobi małego fikołka.

Jeśli moja recenzja pozostawiła lekki niedosyt, potraktujcie to jako małą symulację wrażenia, jakie miałem po zakończeniu tej powieści.

Subiektywnie: 4/6

Za: dużo ciekawych pomysłów

Przeciw: słaba fabuła, płascy bohaterowie, potencjał na coś dużo większego

Źródło: „Cylinder Van Troffa” Janusz Zajdel, SUPERNOWA-Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA 2008

Lalki w ogniu. Opowieści z Indii – Paulina Wilk

Tagi

, ,

lalki-w-ogniu-opowiesci-z-indii-b-iext3907518Głos muezina rozprasza mrok. Zaczyna jeden, inni dołączają – słychać trzech, a może sześciu. Wersy zachodzą na siebie jak echo, splatają się, nabierają siły. Potem znowu się rozchodzą i jeden po drugim milkną.

Kontynuuję swoje wirtualne wakacje. Tym razem na celowniku Indie. Kraj ten interesował mnie od bardzo dawna i z chęcią sięgnąłem po zbiór reportaży powstałych na podstawie podróży po ojczyźnie Ghandiego. Zignorowałem tytuł, nie wczytałem się w blurb i oberwałem wiadrem pomyj już w pierwszych rozdziałach. Nie zanurzyłem się w aromatach przypraw, nie podziwiałem tańca kobiet oplecionych sari, nie spotkałem się z indyjskimi bogami. Dosłownie wdepnąłem w …

Republika latryn, jeden z pierwszych rozdziałów, nie pozostawia złudzeń, ta książka na pewno nie może posłużyć jako zastępstwo wakacji w cudownym kraju. Wręcz przeciwnie, jest ona głównie o tym czego wolelibyśmy się nie dowiedzieć gdybyśmy tam jechali. Na dzień dobry dowiadujemy się o biedzie, przeludnieniu, o tym jak Hindusi załatwiają swoje potrzeby gdzie popadnie, o smutnym losie kobiet tego kraju. Temat kobiet zresztą poruszany jest w wielu miejscach, dowiadujemy się jak się nazywa zabicie dziewczynki jeszcze w brzuchu matki, jak i po urodzeniu (nie pamiętam tych określeń i niech tak zostanie). Jak są chowane jako „kwiaty w cudzym ogrodzie”, jaki los czeka mężatki i te które straciły swych mężów. W czasach, gdy nagonka jest na Islam za złe traktowanie kobiet, temat ten jest równie trudny w Indiach i Chinach, najbardziej zaludnionych krajach naszej planety.

W kraju tak wielkim i tak gęsto zaludnionym praca jest nie tylko koniecznością, ale także przywilejem. Ani państwo, ani prywatne przedsiębiorstwa nie są w stanie jej zapewnić wszystkim. Zajęcie trzeba sobie znaleźć, a często wymyślić, udowodnić swoją przydatność. Gdy się żyje wśród ponad miliarda ludzi, łatwo poczuć się zbędnym, rozpłynąć w masie. Każdy, kto stworzył dla siebie jakąś funkcję, śpi spokojniej, bo zdołał nadać swojemu istnieniu sens.

Dalej jest już spokojniej. Muszę przyznać, że autorka podeszła do tematu bardzo przekrojowo. Zaglądamy Hindusom w garderobę i do garnków, patrzymy jak pracują biedni i jak relaksują się bogaci. Jak podróżują ściśnięci w wagonach, jak wychowują dzieci, jak czczą bogów, jak stawiają horoskopy podczas największych politycznych decyzji. Z każdą stroną poznajemy bogactwo i rozmaitość tej kultury. Poruszane są również najbardziej znane tematy jak system kastowy oraz ustawiane małżeństwa. Mimo, że politycy walczą z podziałem kastowym, on nadal funkcjonuje. Zresztą politykom bardzo ciężko rządzić w kraju, w którym nawet nie da się policzyć obywateli. Niestety prawie przez wszystkie rozdziały przetacza się temat walki biednych z bogatymi.

Wielką zaletą hinduizmu jest jego zdolność do zmiany. Jako wytwór licznych kultur i epok, przybiera formy adekwatne do miejsca i czasu. A cóż pasuje do współczesności lepiej niż skrzyżowanie świątyni z hipermarketem? Bogowie stali się częścią religijnych korporacji.

Po wywiadach z „Mówcy umarłych” forma „Lalek w ogniu” była dużym odświeżeniem. Gdzie „Mówcy …” składają się głównie z dialogów, „Lalki … ” są jednym wielkim opisem. Miałem wrażenie jakbym został opuszczony w batyskafie do hinduskiego świata, a w tle było słychać głos pani Czubówny. Rzadko poznajemy konkretnych bohaterów, nawet ciężko stwierdzić czy jesteśmy w Delhi, Bombaju czy Kalkucie. Wszystko pisane jest bezosobowo oprócz jednego miejsca, w którym autorce wymskło się „Ja”. Da się czytać taki monolog? Jak najbardziej, styl autorki sprawia, że gładko przepływamy przez strony książki, a na końcu żałujemy, że trzeba już się wynurzyć. Mnie najbardziej zauroczył opis hinduskich księgarni, którego przytoczę jedynie fragment.

Wydane tuż po II wojnie światowej dzieła zebrane Georgea Bernarda Shawa w skórzanej oprawie powinny się cieszyć z towarzystwa bestsellerowego pisarza Dana Browna – przy tak modnym nazwisku mają szansę być zauważone. Wieczór trzech króli Williama Szekspira, oprawiony w twardą okładkę zdobioną złotymi literami, stoi bok w bok z biografią filipińskiego dyktatora Marcosa, wydaną tanio i bez polotu. Trzy egzemplarze Lorda Jima – każda wydrukowana w innym miejscu i czasie – znalazły się razem w kącie, ale mimo pokrewieństwa są dla siebie kłopotliwym towarzystwem: sukces jednego będzie porażką pozostałych.

Subiektywnie: 5/6

Za: doskonały styl, mnóstwo informacji, nie unika trudnych tematów

przeciw: brak

Źródło: „Lalki w ogniu. Opowieści z Indii” Paulina Wilk, Carta Blanca 2011

Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych – Liao Yiwu

Tagi

, ,

prowadzacy-umarlych-b-iext6203434Mam wrażenie, że czas się tu zatrzymał. Każdego dnia słychać tylko, jak wieje wiatr.

Cytat z książki pasuje również do tego co się dzieje na blogu, więc na początek małe usprawiedliwienie. Otrzymuję setki maili o tym, że zaniedbuję bloga… żartowałem, tylko jeden czytelnik zwrócił uwagę. Mimo to wyjaśnienie się należy, a jest ono dosyć proste, mamy lato, tramwaj zamieniłem na rower, popołudnia z książką na grzebanie w ziemi na działce, no i oczywiście nadal jestem świeżo upieczonym ojcem, co też nie ułatwia zatopieniu się w literaturze. A teraz coś z zupełnie innej beczki.

28 wywiadów, 28 ludzi, 28 historii przepełnionych biedą, smutkiem, brakiem nadziei. Przypuszczam, że nie jest to prawdziwy obraz całych Chin, że stworzenie takiego portretu było celem autora, w końcu swoich rozmówców znajdował w więzieniach, celach śmierci, kolejkach po pracę, biednych wioskach. Jednocześnie otrzymujemy dosyć duży przekrój społeczeństwa, Yiwu rozmawia z żałobnikami, wysoko postawionymi urzędnikami, którzy padli w niesławę, złodziejami, lewicowcami, prawicowcami, grajkami ulicznymi. Łączy ich głównie to, że niezależnie od tego jak ich życie się toczyło, w momencie udzielania wywiadu byli na dnie społecznej drabiny.

W mojej muzyce nie ma czułości ani miłości. Moja muzyka jest jak duże zimne jezioro, w którym zbiera się całe błoto, łzy, krew, westchnienia i krzyki z wpadających do niego rzek. Dlatego jest ciężka, głęboka i ciemna.

Już po przeczytaniu paru wywiadów wyłania się drugi bohater, historia Chin. Prześledźmy po kolei najważniejsze wydarzenia, przez które Mao Zedong wymordował miliony Chińczyków. Wszystko zaczęło się od kampanii przeciwko prawicowcom. Ofiarą tej akcji padło 550 tysięcy ludzi, głównie inteligencji. Tracili stanowiska, byli zaganiani do pracy w obozach albo na polach. Oskarżenia o prawicowe poglądy padały łatwo, wystarczyło być posiadaczem ziemskim, ba! wystarczyło mieć w rodzinie posiadacza ziemskiego, aby stać się ofiarą szykan. Można było zniszczyć człowiekowi życie jednym donosem do władz.

wtedy cały kraj był jak jedno wielkie więzienie. Partia kontrolowała każdy aspekt życia – jedzenie, picie, sikanie, sranie, narodziny, małżeństwo i śmierć.

Inteligencja wyeliminowana, więc łatwo się domyśleć w jakim kierunku wszystko dalej pójdzie. Otóż czas na wielki skok na przód. Czas dogonić Rosję i USA w przemyśle. Wszyscy z rolników zamieniają się w górników. Każdy oddaje wszystko co ma metalowe na przetopienie. Prosty przepis na klęskę głodu, która w tej książce przedstawiona jest bardzo drastycznie. Wystarczy powiedzieć, że ludzie zjadali swoje dzieci, wątek niestety poruszany w paru wywiadach, więc bardzo prawdopodobne, że prawdziwy.

To było coś wspaniałego. Nie mogłem się tym nasycić. Moja młodość, moje marzenia, moje pasje – wszystko to ściśle wiązało się z rewolucją kulturalną. Ale najbardziej ekscytującym wydarzeniem tamtego okresu było to, że widziałem na własne oczy Przewodniczącego Mao, kiedy pozdrawiał miliony czerwonogwardzistów na placu Tiananmen w Pekinie.

Rewolucję kulturalną, która przyszła później podsumowuje poniższy cytat:

Liu: Ja pochodzę z rodziny prostych robotników. Rewolucja kulturalna dała mi szansę podeptania tych, którzy byli ode mnie lepsi.

Niewiele poruszanych jest współczesnych wydarzeń, w chwili obecnej ludzie opisują tylko swój los. Ostatnie opisane wydarzenie to stłumienie protestów na placu Tiananmen. Nie da się otrzymać na podstawie tej książki szerszego obrazu Chin współcześnie. Wiadomo tylko, że w porównaniu do przeszłych wydarzeń, polityka państwa jest dużo spokojniejsza.

Z paru wywiadów wyłania się chiński folklor. Otrzymałem tutaj to na co liczyłem zabierając się za „Górę duszy” Gao Xingjiana. Urzekająca historia chłopa, który ogłosił się cesarzem po tym jak jaszczurka do niego przemówiła (byłaby bardziej urzekająca, gdyby wywiad nie był prowadzony w więzieniu), opowieść wiekowego mistrza Feng Shui,  uciskani wyznawcy Falun Gong, scena pojedynku żałobników na zawodzenie, czy tytułowy prowadzący umarłych tworzą w tle niesamowity klimat tego kraju.

Na koniec warto zwrócić uwagę, że książkę czyta się doskonale. Mimo formy wywiadu nie męczy, może dlatego, że nie są to bezpośrednie zapiski, zazwyczaj Yiwu nie mógł spisywać wywiadów i odtwarzał je potem z głowy.

Subiektywnie: 5/6

Za: doskonała lekcja historii, opowieści pisane przez życie

Przeciw: przygnębiająca, komuś w Chinach musi się żyć dobrze

Źródło: „Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych” Liao Yiwu, Czarne 2011